PL EN DE
herb.png
Hel-poczatek_polski.png
Zatopione miasto Hel
Czwartek, 29-05-2014 Opublikował/a: Urząd Miasta Liczba wyświetleń: 4455
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się

Zatopione miasto Hel

Posłuchajcie historii bardzo dziwnej, lecz bezwzględnie prawdziwej, takiej, jaka wyszła z ust pewnego bajarza, który był ponoć najmędrszym ze wszystkich bajarzy. Był dalekim krewnym, ale za to bliskim przyjacielem mojego praprapradziada Józefata. Otóż praszczur mój, po mieczu, lubił na starość wspominać w mojej obecności , to wszystko , co przez całe swoje stuletnie niemal życie słyszał i skrzętnie w pamięci notował. Ale najczęściej wspominał najdawniejsze dzieje Helu, bo one wywarły na nim największe wrażenie. Czyny dokonane w tym właśnie mieście, gdy leżało ono na wyspie niepołączonej z mierzeją, były wprost zadziwiające, ale częściowo poszły w zapomnienie na skutek śmierci ludzi i upływu czasu.

- A któż to powiedział, że czas płynie?- pytał mój przodek po wielokroć. A jeśli nawet płynie, to czym i w jaki sposób?czy płynie jak woda, czy też być może, jak chmura, która przecież z wody pochodzi? Taki był z niego mądry bajarz.

Rzecz w tym, że mój praprapradziad opowiadał mi dzieje tego dzielnego miasta nie jak bajkę, lecz jak rzeczywiste zdarzenie, które miało miejsce dawno, dawno temu. On sam liczył sobie sto lat, kiedy mi to opowiadał, a ja wówczas przeżywałem moje postrzyżyny, przyjmując nowe imie Christoporos.

Spytam więc Was, tak jak i mój praszczur pytał mnie przed laty:

- Czy przyglądaliście się kiedyś morskiej wodzie? Czy zatapialiście wzrok w jej niezmierzone odmęty? w ciemnozielone głębiny, w brunatnoczerwone topiele, w seledynowe głębie? Jeśli tak, to pamiętacie z pewnością, że wzrokiem sięgnąć można pod wodę na niewielką odległość. O wiele głębiej sięga wyobraźnia.

Wyobraźcie więc sobie, że wpatrując, że wpatrując się w lustro morskiej wody, dostrzegacie zatopione prawdziwe miasto. Prawdziwe, to jest takie samo jak to, w którym mieszkacie, a jeśli mieszkacie na wsi, to pamiętajcie, że słowo „miasto” znaczy tyle co „miejsce”, a wy przecież najlepiej znacie miejsce, w którym mieszkacie, prawda?

Więc… Wyobraźcie sobie, że widzicie w migoczącej wodzie rozlegle place, ulice, domy , pałace, a w nich ludzi, całe rodziny, dorosłych i dzieci. Ale nie tylko widzicie. Również słyszycie. Słyszycie odgłosy dzwonów świątyni, grające tonem najsmutniejszym ze smutnych i najżałośniejszym z żałosnych. Bo naprawdę było tak. Dawno, dawno temu, gdy Półwysep Helski nie do końca był jeszcze uformowany , choć stolemy, przepotężne olbrzymy, które niegdyś, gęsto zaludniały Kaszuby, używały helskiej kosy do koszenia zboża, sam Hel był po prostu wyspą. Częścią ziemi niezrośniętą z mierzeją.

Ale był wyspą niezwykłą. Bogatą. Przebogatą. Rządził nią Książe o tym samym co wyspa imieniu, Hel.

Strzegły jej cztery potężne kolumny, kolosami zwane, które baczenie na bezpieczeństwo wyspy i jej mieszkańców z czterech stron świata miały. Od północy i południa, wschodu i zachodu strzegły nie tylko bezpieczeństwa, ale i szczęścia helan.

Cztery kolumny odpowiadały czterem świętym twarzom boga Światowida, którego czcili helanie z należnym szacunkiem, powagą i podziwem dla jego troskliwości oraz z wdzięczności  za jego hojność. To dla niego właśnie wznieśli w samym środku miejskiego placu biało-kamienną  świątynie i odkryli jej wieżę miedzianą blachą. Wszystkie drogi na Helu prowadziły do wrót świątyni Światowida. I te z portu i ze stoczni, ze składów kupieckich, a nawet z każdej rybackiej stacji. Bowiem helanie słynęli w tamtych czasach z pracowitości i przedsiębiorczości. Kompanie śledziowe prześcigały się w połowach z kompaniami dorszowymi, a łososiowe z węgorzowymi, no i szprotowe z fladrowymi. Wejście do portu wiecznie otoczone było kupieckimi statkami najprzeróżniejszych bander. Dniem i nocą panował tu nieustanny ruch, zgiełk tumult i wrzawa. Bywali tu Skandynawowie, mistrzowie korabnictwa i morskiej żeglugi, waleczni Wikingowie, przywożący skóry reniferów, a nawet Rusowie oferujący futra białych niedźwiedzi. Częstymi i lubianymi gośćmi byli Germanie, handlarze tłustej wieprzowiny oraz kupcy gdańscy oferujący złotą wódkę, a także puccy, spławiający olbrzymie beki puckiego piwa.

Podróżnicy przebywający do tego znanego i sławnego w morskim świecie miejsca, nazywali je rozmaicie. Zależy skąd przebywali, ale w porcie dało się słyszeć: El, Ejl, Heyla, Eyla, Hela, Ela, Hyl i hel. Było to w istocie miejsce odsłonięte, odkryte wystawione na morskie wichury, niemal gołe, więc zdarzało się, że nazywano wyspę pieszczotliwie Heel, co w języku ludów oznacza po prostu piętę. Inni z kolei, pewnie z uwagi na diabelnie silnie sztormy zwłaszcza jesienna pora, potrafili nawet użyć słowa Holle, które w germańskiej mowie znaczy ni mniej ni więcej tylko piekło. W Języku duńskim i fryzyjskim Hell oznaczał krainie zmarłych.

Helanie bogatsi byli niż inni mieszkańcy półwyspu. A ze miasto Hel leżało na wyspie, przeto nie tak łatwo było się tam dostać. A jeśli już ktoś wybierał się do tego Miasta, co zawsze związane było z wydawaniem pieniędzy, musiał za wjazd i wyjazd słono zapłacić. Był to jeden z wielu przemyślanych sposobów, w jaki dawni helanie starali się pozyskiwać złoto.

Pieniądze potrafili robić niemalże na wszystkim. Umieli jak nikt inny nie tylko złapać rybę, ale wydobywać z jej pyszczka złotą monetę. Nie wiadomo jak to robili. Helanie mieli swoje tajemnice. Podstawę ich bogactwa stanowiły dary morza. To oczywiste. Ryby, foki, Morświny, ich mięso i tłuszcz . Mięso zjadali, konserwowali, wędzili lub peklowali, po czym wozili do Gdańska i do Pucka na targ. Tłuszczem zaś, który potrafi się znakomicie palić, oświetlali swoje bogate dom i pałace. No i bursztyn, prawdziwe złoto Bałtyku. Bursztyn, jantar, skucynit czy, jak go nazywali nabywcy z dalekich krain – „płonący kamień”, zawsze był tu w cenie.

Toteż helanie wszystkiego mieli pod dostatkiem. Jak to mówiono w tamtych czasach. „Ryby i grzyby, łąka i mąka”. Odpływali w wielkim dobrobycie.

Ich sklepy pełne były dóbr wszelakich, korzeni i przypraw z zamorskich krajów. Wykwintnych perfum, olejków, balsamów i najprzeróżniejszych pachnideł, ale także ozdób, drogich kamieni i drogich materiałów, białego sukna, czy kolorowego jedwabiu, z których helanki szyć obie kazały coraz to bardziej wymyślne suknie. Stroiły się nad podziw ale tez ponad miarę.

Złoto, perły, diamenty zdobiły nie tylko pałace i przeguby dłoni, ale także szyje i czoła tak kobiet, jak i mężczyzn. Naszyjniki, zausznice, kolie, wisiorki, paciorki, łańcuszki,  bransolety, korale, medaliony, diademy… Nawet dzieciom zakładano platynowe kolczyki.

Każdy wiec, kto przybywał na helska wyspę, stawał osłupiały wobec przepychu i bogactwa. Portowe keje, liczne magazyny, warsztaty do budowy lodzi statków i okrętów zadziwiały i tempem życia i różnojęzycznym gwarem.

Każdy przybysz pragnął jednak dostać się do Miasta, by zobaczyć wyniosłą świątynie, nacieszyć wzrok wielobarwnymi ogrodami, basenami z podgrzewana woda do kąpieli w chłodniejszych porach, domami i pałacami zbudowanymi z białego, czarnego i czerwonego kamienia. Budowniczowie sprowadzali bowiem różne rodzaje kamieni i urozmaicali kolory dla przyjemności wzroku. Podobnie chodniki i ulice układane były z płytyi kostek w kształtowe mozaiki.

Przecudnie wyglądało to miasto w pełnym słońcu, ale bodaj najpiękniej o zachodzie, kiedy spływająca za horyzont czerwona twarz słońca oblewała różowo-łososiowym poblaskiem mury i ściany, mosty i wieże, kopule i świątyni i pałac księcia.

Punktem centralnym Miasta wcale nie był pałać księcia Hela, lecz okazała świątynia Światowida, Było to miejsce nienaruszalne, nietykalne, po prostu święte.

W wielu miejsca świątyni palili Helanie kadzidła pomieszane z kawałkami bursztynu, a na ołtarzu pokrytym złota blacha składali bogu ofiary z morza. Starcy nieśli w dani focze skóry, mężczyźni przynosili ryby w wielkiej rozmaitości, łącznie z wijącymi się węgorzami, które najbardziej podobały się bóstwu, kobiety ofiarowywały małże ślimaki krewetki i kraby, a dzieci ochoczo sypały na ołtarz, muszelki, dziewczyny białe, chłopcy zaś różowe. Wszyscy śpiewali nabożna pieśń do wtóru muzyki i harf i piszczałek.

 

Światowidzie wszechpotężny

Który dajesz życia plony

Helan cały szczep nasz mężny

Cześć ci składa i pokłony

 

Przyjm łaskawie te ofiary

Nie gardź dobrem morskiej fali

Oddal moce złe i czary

Każdy Ciebie będzie chwalił


Następnie mężczyźni, a był to ich wyłączny przywilej, poświadczony przepisami prawa i uświęcony wieloletnia tradycja, unosili w gore złote puchary napełnione tranem, po czym wypijali łyk a resztę dolewali do wiecznie płonącego w świątyni ognia, powodując ze płomienie bryzgały niczym spienione fale.

A wieczorem, gdy blask zachodzącego słońca rozpalał miedziane dachy domów i wieże świątyni oblewał karminem gromadzili się helanie w ogrodach usytuowanych miedzy biblioteka, służąca do ćwiczeń umysłowych a gymnasion w których odbywać można było ćwiczenia cielesne,

I Tam właśnie w helskich ogrodach oświetlonych oliwnymi i tranowymi lampionami recytowano wiersze i poematy o morskich podróżach, o łowach na morzu i o miłości czystej i cennej jak perła. Wiec wieczory były mile i spokojne.

Helanie nie wiedzieli co to kłótnia, co złorzeczenie. Nie wolno im było chwytać za bron, której zresztą od dawana nikt przy sobie nie nosił w przeciwieństwie do sakwy wypchanej złotymi krążkami. Toteż Książe Hel, władyka tego miasta, nie potrzebował, ale tez nie chciał zużywać przemocy. Nie był tez panem życia i śmierci dla swoich poddanych, bo poddanych nie było. Wszyscy byli równi wobec siebie to jest równo bogaci. Równi wobec potęgi złota.

Szczęśliwie żyło się helanom. Szczęśliwie i dostatnio ale w życiu jak i na morzu nic nie trwa wiecznie.. Wie o tym każdy rybak i marynarz. I o to z czasem blask złota zaczął oślepiać przebogatych helan.

Mówiono, że złota w owym czasie nie było na Helu tak wiele, że na srebro nikt nawet nie zwracał uwagi. Podobnie jak nikt już od dawna nie zwracał uwagi na dobre obyczaje. Złoto zepsuło ludzi. Bo złoto, to złoto. Bo złoto objawia swoją złą moc, gdy używane jest niezgodnie ze swym przeznaczeniem, zbrukać może niejedną ludzką duszę

I co powiecie? W tonącym przepychu mieście pojawia się najpierw pycha, w okazałym kapeluszu z pióropuszem ułożonym z piór flamingów obnosząca po ulicach swe nadętą gębę, a tuż potem chciwość. Mimo bogactwa, Najpierw miłość własna, zarozumiałość i wyniosłość a następnie, jak by tego było mało łapczywość i zachłanność. Chęć posiadania stała się tak przemożna, że trudno było helanom ją opanować. Każdy chciał mieć jak najwięcej. Ale przecież nikt nie miał mało. Byli to naprawdę zasobni, majętni, bogaci ludzie.

A co się stało później? Możecie się domyśleć. Po chciwości zawitała na Hel nieczystość. Niemłoda już dama o dwóch twarzach tonących w przesadnym i bezgustownym makijażu, wyolbrzymiającym oczy i usta. Spytacie jak to możliwe mieć dwie twarze? Niby to proste: Jedna z przodu druga z tyłu głowy. Nieczystość duszy. Brud po prostu. Nie przyzwoitość nieskromność i bezwstydność. Zabawy i hulanki, uczty biesiady i bale trwające często do białego rana. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu – puckie piwo, gdańska wódka z zatopionym w niej zlotem – za czyja to namową? Opoja i Obżartucha. Trudno było im się poruszać gdyż zarośnięci byli brzuchami jak para bliźniąt syjamskich. Gdy opój ruszał do przodu jego brat Obżartuch musiał iść wstecz i na odwrót. Ale zawsze dreptali razem.

Czy mam mówić dalej? Wolałbym zamilczeć, ale skoro tak było… Skoro ci, co upajali się pychą z Powodu swoich bogactw, zupełnie tracili panowanie nad sobą. Czyż mogli uniknąć upadku?

Stało się znacznie gorzej, gdyż wśród helan pojawiła się zazdrość, podstarzała dama o przymrużonych oczach i wąskich ustach, bardzo podenerwowana. Mieszańcy Helu już nie pracowali wspólnie jak dawniej,  już nie cieszyli się tym co mają, już nie wspierali siwe wspólnej walce z żywiołem morza. Chcieli więcej i jeszcze więcej, wciąż więcej, jakby świat miał się jutro skończyć.

A jak smutno stało się na wyspie, gdy zawitał na nią Gniew, chudy starszy pan o porannej zmarszczkami, srogiej twarzy z błyskawicami w oczach.

Złość i rozdrażnienie uniemożliwiały wzajemne kontakty, przyjaźnie wspólne plany.

W końcu pojawiło się Lenistwo, młode, tłuste chłopię zupełnie zniechęcone jak hipopotam, i pokładające się co chwile. Próżniactwo, nieróbstwo, marnowanie czasu. I Tego było już za wiele.

Poruszony takim stanem król Bałtyku, rządzący całą podwodną dziedziną, przywołał przed swoje oblicze księcia Helu.

- Źle się dzieje w twoim mieście, mój synu. – Źle odrzekł król siedzący na poduszkach haftowanych morską trawą. Występki mieszkańców są bardzo ciężkie. Widzę to dokładnie.

Król przykładał do oka oszlifowaną łuskę, starego mądrego karpia, która otrzymał podczas gościnnej wizyty.

- Tak dłużej być nie może. Albo zmienia się ci twoi zawistni i leniwi poddani, albo spotka was wszystkich sroga kara.

- Ależ ojcze…

- O nic nie pytaj – król uniósł srebrny trójząb na znak końca audiencji . Dobrze wiesz o co mi chodzi. Moje słowo jest nieodwołalne.

Wrócił Książę na Hel, wrócił do swojej księżniczki. Hela jej było na imię. Ich jedyny syn Helen, wyjechał do Gdańska po nauki.

Zdaje Książę sprawę księżniczce z poselstwa swego u Króla Bałtyku.

Zawsze tak czynił, gdy powracał z podróży, miał bowiem żonę mądrą

- A co on może nam zrobić? – zapytała Hela.

- Jednym tchnieniem zniszczyć całe miasto.

- Zniszczy? Takie bogactwo? Może żartował? Dlaczego miałby niszczyć? I Jak? Nie, nie, naszej potęgi nie da się zniszczyć. Takie domy, pałace taka świątynia, Nie, nigdy!

- Zniszczy nas za karę. Za to że nie potrafimy już żyć jak dawniej, pracować wspólnie, zarabiać wspólnie, ale i dzielić się tym, co mamy i nie zazdrościć sobie nawzajem. Dopokąd helanie słuchali się prawa. A było tak przez całe pokolenia i żyli usposobienie przyjaźnie względem siebie, i z szacunkiem wobec tego co z pomocą bożą stworzyli, to ich uczucia były szczere, a oni sami wielkoduszni. Sama wiesz, jak dzisiaj jest na wyspie. Na nic moje ustawy, zakazy, nakazy. Ludzie mają tak dużo złota, że żadna władza już ich nie obchodzi. Tylko tańce, hulanki , swawole.

- Twój ojciec, mimo iż jest królem Bałtyku, nic nam nie zrobi, - odrzekła Hela uspokajającym głosem, odpinając platynową kolię z diamentami, gdyż chciała już się udać na spoczynek. Poza tym byłoby to niesprawiedliwe, a żaden król, nie może być przecież niesprawiedliwy. W końcu nie wszyscy helanie są jednakowo źli. Spytaj go, czy jeśli znajdzie się… powiedzmy… pięćdziesięciu sprawiedliwych, to czy wówczas także zniszczy nasze miasto?

- Mądra jesteś Helu- Książę uśmiechnął się szczerze, połyskując bielą zębów. Wiedziałem, ze się na tobie nie zawiodę. Zdjął z głowy swój książęcy diadem, bowiem pragnął również odpocząć.

Następnego dnia o świcie Książę zwołał wiec. Jak zwykle na placu przed świątynią. Trębacze i kotlarze obwieszczali wszystkim o zebraniu mieszkańców. Przyszło ich niestety bardzo niewielu. Jedni spali jeszcze po trwających do późnej nocy hulankach, inni zlekceważyli głos trybunów i złamali akt książęcej władzy, jeszcze inni w kłótni i w gniewie rozpoczynali kolejny dzień.

Zrozpaczony Książę udał się ponownie do królestwa swojego ojca.

- Dochodzą do mnie słuchy, że twoi poddani zhardzieli jeszcze bardziej – odrzekł władca morza, gładząc długą, zieloną brodę, w której połyskiwały przyrośnięte do niej muszelki.

- To prawda ojcze, ale nie wszyscy. Nie wszyscy jednakowo. Chciałem cię więc spytać, czy gdyby się znalazło się dajmy na to… pięćdziesięciu sprawiedliwych, to wówczas także zniszczysz całe miasto i pozwolisz ginąć sprawiedliwych wraz z wszetecznikami?

Zamyślił się król Bałtyku głęboko, ujął swą wielka głowę w obie dłonie pokryte brunatno-zielonymi starczymi plamkami , po czym odrzekł:

- Zgoda. Niech będzie. Zaryzykuję. Ale czy jesteś pewien, że znajdziesz pięćdziesięciu sprawiedliwych helan?

Na pewno. Dzięki ci dobry ojcze, stokrotne dzięki. Kłaniając się Książę Hel opuszczał morskie królestwo. Był zadowolony choć była to radość łowiącego ryby przed niewodem.

Książę wrócił na wyspę. Nad jego pałacem krążyły gołębie. Na spotkaniewyszła mu księżniczka Hela. Uściskał ją radośnie, obwieszczając decyzje Morskiego Króla.

- A więc udało się. Teraz będziesz musiał ich odnaleźć. 

- Zrobię to już jutro.

Jak powiedział, tak zrobił. I Znów o poranku trębacze i kotlarze obwieszczali wszem i wobec o walnym zgromadzeniu na rynku

Książę bliski był rozpaczy, gdy około południa pojawiła się zaledwie garstka mieszańców wyspy.

- Gdzież jesteście, helanie? – wołał rozpaczliwie Książę. Co się z wami stało? Czyż chcecie nasze miasto zostawić na zgubę? Król Bałtyku nie cofnie słowa, nie zmieni zdania i spotka nas wszystkich kara

Odpowiedziało mu najpierw milczenie, a potem śmiech stukających się w czoła helan

- Czyż nie cieszy was już przybijający do Helu każdy statek? Nie tak dawno radował was widok, gdy hen, hen na horyzoncie białe żagle zlewały się ż bielą obłoków.

- Teraz zlewamy wino z beczek do butelek, a z butelek do pucharów, bo tak łatwiej je spożywać. Nie napijesz się z nami?

Cóż było robić? Troskliwy Książe raz jeszcze postanowił udać się przed oblicze Króla Bałtyku.

- Domyślam się, że radość twoja była przedwczesna, mój synu, czy tak?

- Tak. Lecz żal mi tego miasta, a także mieszkańców, którzy – mam nadzieje – przejrzą kiedyś na oczy. Dlatego chciałem cię spytać… - książę pełen obaw zawiesił głos.

- Mów, mów śmiało, synu…

- Czy gdybym znalazł choć czterdziestu sprawiedliwych mieszkańców Helu, zachowałbyś to miasto?

Zamyślił się król głęboko. Poprawił koronę na swych pofalowanych włosach. W Końcu spojrzał na księcia i odrzekł:

- Znajdź dziesięciu. Dziesięciu sprawiedliwych, uczciwych, szlachetnych i prawych helan. Ale pamiętaj, jeśli zabraknie choć jednego, gniew mój będzie bardzo srogi.

Wrócił książę na wyspę. Zastanawiał się w jaki sposób ma ich znaleźć gdzie szukać, jak rozpozna?. Sam zaczął chodzić od domu do domu, ale jedni byli tak wyniośli i pyszni jak pawie, którymi handlowali lub zamieniali na łabędzie, inni z kolei z chciwości napychali kieszenie, kosztownościami, nie swoimi przecież, jeszcze inni podpierali głowy na suto zastawionymi stolami, z trudem otwierając zmęczone oczy o podpuchniętych powiekach. Książę chciał przerwać biesiadę ale nikt go nie słuchał.

- Zapłaciliśmy muzykantom, żeby grali

- I komediantom, żeby nas rozśmieszali

- I tancerkom, żeby nam umilały czas.

- Wiec nie będziemy przerywać zabawy.

- Każdy je i pije za swoje, a gdzie się leje, tam się dobrze dzieje.

- Ludzie! Opamiętajcie się – lamentował Książe. Doprowadzicie to miasto do zguby. Czy widzieliście, co się dzieje w świątyni? Jaki tam panuje bałagan, jaki brud? Częściej psy i koty zaglądają do niej w poszukiwaniu ryb czy tranu niż wy.

- Przepraszam cię, Książe, ja kocham Zycie, a umrzeć zdążę – a odpowiedział, bełkocząc jeden z biesiadników.

- Nie zapraszaliśmy cię tu. Czyż byłbyś szpiegiem naszego pana?

- Waszego pana? – pytał z niedowierzaniem Książe, a któż jest waszym panem?

Roześmiali się wszyscy dookoła pustym, nic nie znaczącym śmiechem.

- Jak to kto? – krzyknął mężczyzna o czerwonej, nalanej twarzy. Hrabia Opój!

- I baron Obżartuch

Rozbawione towarzystwo ryknęło śmiechem.

- A ty możesz przenieść się do ciepłych krajów jak bocian

- Hej! Wznieść puchary najwyższy czas, bo za sto lat nie będzie nas! –

Śpiewał rozweselony właściciel siedmiu wędzarni.

I tak w poszukiwaniu bezkarności mijała kolejna noc swawolnej zabawy.

Zrozpaczony książę udał się do swego pałacu.

- Helu moja droga żono, chyba nie uda mi się ocalić naszego miasta. Byłem u Króla Bałtyku.. Wiedząc jak trudno będzie znaleźć pięćdziesięciu sprawiedliwych, on sam zgodził się… na dziesięciu. Słyszysz? Dziesięciu!  Czyż to nie cudowne?

- Słyszę no i co?

- Gdzie ich znajdę?

- Nie znajdziesz

- To nie możliwe… - odparł bliski rozpaczy książę. Muszą się znaleźć.

- Dziesięciu to tyle, Hela uniosła swe dłonie, rozszerzając palce. Na każdym z nich błyszczał pierścień.

- Zginiemy, zginie to miasto, które do niedawna było jeszcze duma i chluba tej części Bałtyku A teraz co?

Nie odpowiedziała mu na to pytanie.

Książę usiadł i zapłakał prawdziwie gorzkimi łzami. Gorzkimi jak morska woda. Zaczął padać deszcz.

W Nocy miasto zatrzęsło się w swych posadach. Na zapowiedzianą karę, nie trzeba było długo czekać  Skończyła się cierpliwość króla Bałtyku, całe miasto w jednej chwili znalazło się pod wodą. Morze, którego ptaki i rok cały nie przelecą, bo takie jest rozlegle i straszne, wystąpiło ze swych brzegów. Cztery potężne kolumny, które helanie, wznosili z takim mozolem przez wiele lat runęły jak były z piasku. Broniły mieszkańców wyspy przez cale pokolenia przed niebezpieczeństwem z zewnątrz, ale nie potrafiły ochronić przed groźba grzechu, który tak często rodzi się na dnie ludzkiego serca.

Dla helan był to koniec świata. Koniec ich nieprawego świata. Kara dosięgła wszystkich. Wszyscy znaleźli się na dnie. Oprócz młodego Helena, który popłynął po nauki do Gdańska. On jeden o niczym nie wiedział.

Trzęsienie Helu, które miało miejsce w nocy, zastało jednych mieszkańców w ich własnych domach, innych w goscienie podczas biesiady, przy suto zastawionych stołach, jeszcze innych zataczających się na ulicach czy placach.

Książe nie spal jeszcze, gdy wyspa zagrzesła się w swych posadach.

Siedział w fotelu, wpatrzony w dogasający na kominku pień sosny. Gdy wielka morska fala, wywołana trzęsieniem pochłonęła całe miasto, woda zgasiła wszelki ogień. Nie święciły się już oliwne lampki w domach, nie paliły się lampiony w ogrodach, nie pokonał już ogień w świątyni. Nastała zupełna ciemność.

Ale nie tylko światło znikło nagle. Zaniknął również wszelki glos. Pod woda panowała absolutnie głucha cisza.

Przekonał się o tym Książe, który chciał zawołać swa żonę, ale gdy tylko otworzył usta, zaczęły się wydobywać z nich ulatujące się w gore pęcherzyki powietrza. A dookoła na wyciągnięcie reki tylko czarna woda, Mimo to postanowił wyruszyć po omacku, na poszukiwanie Heli. Szedł ociężałym krokiem, stąpając po piaszczystym dnie, raz po raz grzęznąc w mule.

Ocierał się o morskie trawy, starając się odsuwać je rekami od twarzy. Nie wiedział jak duży dystans pokonał. Stracił  rachubę czasu. Dopiero, gdyż podwodne łąki, zaczynały odzyskiwać kształty zakryte dotąd mrokiem nocy, zrozumiał ze nastaje świt. Przyglądał się malowniczej roślinności, porastającym kamienie. Wreszcie zaczął dostrzegać ryby. Podpływały śledzie i szproty, ale tylko na bezpieczną odległość. Nagle spostrzegł większą sztukę. Pomyślał ze to foka. Jej zwinne i energiczne ruchy nie pozwalały oderwać od niej wzroku. W pewnym momencie obraz zamazany przez fontannę białych pęcherzyków powietrza wydobywających się jej z ust?

- Z ust? Pomyślał książę, lecz nie zdążył sobie odpowiedzieć, gdyż po chwili była już przy nim Hela, jego ukochana żona.

Wyciągnęli ręce ku sobie.

Nie słyszę co mówisz – nadaremnie poruszała ustami Hela.

- Kocham cię – usiłował powiedzieć Hel, zasłaniając twarz wachlarzem białych kulek powietrza.

Jak widać to słowo Hela, potrafiła odczytać z niemych ust swego męża gdyż położyła prawą rękę na swoim sercu, a lewa gładziła jego jasne włosy.

-  A więc żyjemy… to najważniejsze – pomyślał Hel. Żyjemy skoro jesteśmy razem. Ale co z innymi Co z helanami?

Objął żonę ramieniem, a druga ręką zatoczył szerokie Koło. Zrozumiała że zamierza rozejść się po okolicy i poszukać pozostałości po ich mieście 

- Może ktoś jeszcze przeżył, podobnie jak oni?

Trzymając się za ręce ruszyli przed siebie. Zrobiło się już całkiem jasno. Co nie znaczy przeźroczyście, jak bywało na Helu o tej porze. Aura była raczej sino-seledynowa, ale wiedzieli przynajmniej dokąd idą. Więc szli razem

Mijały ich pojedyncze ryby i całe ławice, które niczym stada ptaków szybowały nad nimi. Widzieli pełzające wolno kraby i krewetki. Nie raz spod ich bosych stóp uciekała przestraszona płastuga.

Hel i Hela szli przed siebie wytrwale i stanowczo. Nagle dostrzegli cale fontanny unoszących się w górę pęcherzyków powietrza

- Tam! – wskazał ręką Książe. Już nie szli, lecz płynęli, by szybciej dotrzeć do miejsca, gdzie spodziewali się spotkać mieszkańców Helu. Po chwili napotkali zdecydowanie równiejszy fragment dna, jakby ułożony z płyt, czy kostek, przypominający nieco rozległy

Plac przed świątynią Światowida. Piasek, a właściwie muł był w tym miejscu bardziej poruszony niż gdzie indziej, toteż trudno było rozpoznać dokładny kształt dawnego miejsca kultu, ale po chwili, gdy ich wzrok przyzwyczaił się do odczytywania kształtów w zamglonym świecie, dostrzegli zarys przewróconej świątyni. To niewiarygodne. Leżała na boku jak ścięte drzewo. Za jej wydłużoną bryła gromadzili się ludzie.

- Jak za dawnych czasów – pomyślał Książe i pociągnął księżniczkę za rękę

Podpływali do tłumu, machając na powitanie. Helanie odpowiedzieli zbiorowym wybuchem bielejących na tle zmętnianej wody bąbelków powietrza. Gdyby stali na placu przed świątynią swego miasta byłby to okrzyk powitalny, jakiego używali na początku każdego wiecu. Ale teraz stali pod wodą, niemi , głusi i bezradni. Dla księcia było oczywiste, ze chcąc się porozumieć z helanami, musi używać znaków i gestów w taki sposób jak czynią to głuchoniemi. Tylko czy on ma im coś do powiedzenia?

I kto powinien zacząć ten dialog? On powiedział im przecież wszystko, cala prawdę tam na górze na placu gdy na wezwanie kotlarzy i trębaczy stawiała się mała garstka prześmiewców i cynicznych szyderców, ale teraz nikt się nie śmiał. Kobiety pogubiły całą biżuterię, trzymały teraz kurczowo swoje dzieci jak najdroższy skarb. Mężowie stali ze swoimi zonami, gotowi w każdej chwili do pomocy.

W pewnej chwili wyszło przed tłum dwóch staruszków. Trzymali w rekach wieniec upleciony z morskich trawy.

- A wiec nadal chcą, żebym był ich księciem – pomyślał Hel, lecz nie musiał nawet schylać swej książęcej głowy, gdyż obaj starcy podpłynęli ponad jego wysokość i założyli mu wieniec na głowę.

Z ust zebranego tłumu, wydobywały się białe warkocze pęcherzyków powietrza. Po chwili tłum wzniósł ręce w gore. Książe znów stanął przed mieszkańcami Helu, po czym skłonił się nisko i położył prawa dłoń na sercu, gdyż wciąż czul się odpowiedzialny za swoich poddanych. Wszyscy oni zrozumieli że książę przyjmuje ich prośbę.

Książe postanowił się przespacerować z zona, po centralnej części dawnego Helu.

-  wiec to SA te nasze piękne ogrody? – Zapytał Książe ukazując otwartymi dłońmi zarośla

- Wyglądają, jak po obfitym deszczu, kwiecie obsypane, naderwane gałęzie, krzewów. Tam ogród tonie – pomyślała Hela.

 - Tylko ty nie ton w rozpaczy moja droga – zbierał myśli książę

Ogarnął ich smutek, gdy spostrzegli przemoknięte pergaminy w miejscu byłej biblioteki. Woda wypłukała z nich wszystkie teksty.

- To jest strata nie do odrobienia – pomyślał książę – i dodał w duchu – to tak jak by ktoś nagle stracił pamięć.

Smutny tez był brak jakichkolwiek wiadomości. Książęca poczta gołębia przestała funkcjonować. Brak wiadomości od syna pobierającego nauki w Gdańsku, napawał głębokim smutkiem oboje rodziców.

- On pewnie jeszcze o niczym nie wie – zastanawiała się księżniczka. Ale żyje, żyje tam na tamtym świecie pełnym słońca, powietrza i ptaków. Jakie to szczęście że ominęła go kara. Z reszta wcale na nie zasłużył. To dobry chłopiec

Ze sklepów musiały wypłynąć wszystkie dobra lub ugrzęznąć w mule, gdyż półki świeciły pustkami. Większości biżuterii, kosztowności i świecidełek pożary wiecznie nienasycone ryby, traktując błyszczące złoto jako przynętę.

Musiało już robić się późno, gdyż  matki intuicyjnie zaczęły myc swoje pociechy wyrywanymi z dna morskiego gąbkami. A dzieci, jak to dzieci chętnie siedziały na dnie i budowały zamki z piasku.

Zmęczenie poczuł również książę Hel. Położył się wiec wygodnie w gąszczu morskich traw i po raz pierwszy zasnął mocnym, podwodnym morskim snem.

Przyśniła mu się wielka ryba. Naprawdę olbrzymia. Większa niż morświn. Rzekłbyś wieloryb. Ale skąd wieloryb w Bałtyku?

Płynęła prosto na niego. Zlizała się w zadziwiająco szybkim tempie, a gdy była już, już na wyciągniecie płetwy, otwierają swój przepastny pysk.

Za pierwszym razem udało się księciu uniknąć niebezpieczeństwa. Podobnie za drugim, unik i nagły zwrot uratowały mu Zycie. Ale za trzecim razem, ryba po prostu wessała go do środka

Świat księcia Hela skończył się. Zalegała przepastna, nieprzebrana, nieskończona ciemność.

- To tak, jakby nagle strącić pamięć i wzrok – pomyślał Książe i przebudził się. Na szczęście to był tylko sen.

Nie wiedział jeszcze wówczas książę, że był to sen proroczy.

O poranku, gdy Hel wraz z księżniczką przechadzali się ulicami zatopionego miasta, a seledynowa jasność pozwalała mieć nadzieje na znalezienie jakichś pamiątek ich dawnego życia, zauważyli przesuwający statek. Widzieli dokładnie jego płaskie dno zbite z drewnianych klapek. Po chwili okazało się że statek wyposażony jest w ster na rufie. Książe nabrał więc przekonania, ze nie był to mały, przybrzeżny Szmak, liburn, czy burdyn, lecz pełno morska koga.

- To z pewnością kupcy. Przypłynęli z towarami. Ciekawe pod jaką banderą? – rozmyślał Książe. Szukają wyspy szukają portu…, są bardziej zdziwieni, czy też przerażeni tym, co zastali?

Nagle statek zaczął kołysać się z burty na burtę. Oznaczał to, że wicher dmie z niebezpieczną siłą. Zwyczajowo zawinęliby do portu na wyspie, ale wyspy przecież nie było. W pewnej chwili statek przechylił się na lewą burtę tak niebezpiecznie,  że zaczął nabierać wody.

Beczki i skrzynie stojące na pokładzie wpadły do morza. Po chwili w wodzie znaleźli się marynarze. Rozpaczliwymi ruchami próbowali wydostać się na powierzchnie, ale nieubłaganie w swej srogości morze pochłaniało z jednakową bezwzględnością i ludzi i ekwipunek. W końcu koga w aureoli pęcherzyków, pęcherzy i całych baniek powietrznych osiadła na dnie. Biel i czerwień okrętowych bander wskazywały jednoznacznie że to koga germańska.

Natychmiast wokół zatopionego statku pojawili się helanie. Książe zdecydowanymi i czytelnymi ruchami rąk wydawał polecenia. Część dawnych mieszkańców Helu skierowana została do ratowania tych marynarzy, którzy pierwsi znaleźli się w wodzie, część pracowała przy zatopionym statku. Należało bowiem wydobyć pozostającą pod pokładem załogę. Helanie znający doskonale kogi, które często cumowały przy ich portowych nabrzeżach, bez trudnu odnajdowali kajuty marynarzy. Wyciągali ich na pokład i udzielali natychmiastowej pomocy. Kobiety nawet starsze dzieci odganiały napastliwe ryby, które wyczuły niecodzienny łup.

Dzięki natychmiastowej pomocy helanom udało się uratować całą trzydziestoosobową załogę germańskiej kogi.

I cóż powiecie? Skąd ta nagła zmiana w sercach mieszkańców dawnego Helu? Dlaczego ci którzy doprowadzili do zguby własne miasto okazali teraz tyle dobroci odwagi i poświecenia?

Takie pytanie stawiał sobie także Król Bałtyku. Zawołał przed swe królewskie oblicze księcia.

- Nie wyobrażasz sobie, mój synu, jak bardzo żal mi było marynarzy tej germańskiej kogi. Trzydziestu wspaniałych, odważnych morskich zuchów, zginęłoby niechybnie, gdyby nie wasza pomoc. Boreasz, pan północnego wiatru, który jeśli tylko chce, wysyła na dno, cokolwiek się rusza na morzu, jest ze mną od dłuższego już czasu w niemałym zatargu. Wiem, ze ten skrzydlaty starzec chciał zrobić na złość. Nie przypuszczał tylko ze stanie się tak jak się stało. I ja musze ci się przyznać , nie przypuszczałem ze helanie będą zdolni do takiego poświecenia. Widzisz jak podziała na nich moja kara?

- Odmieniły się ich serca, ojcze.

- Tak. Widziałem to. I nadal widzę. Mam przed oczami wszystkich twoich mieszkańców, którzy tak niedawno jeszcze żyli niegodziwie, a dziś zasługują na nagrodę – odrzekł król, przykładając do prawego oka oszlifowaną łuskę karpia.

-  Co masz na myśli ojcze? – spytał nieśmiało książę

Król Bałtyku   milcząco spozierał w szlifowaną łuskę karpia. Mrużył oczy marszczył twarz, to znów szeroko otwierał usta jakby ze zdziwienia w końcu orzekł:

- Cofam karę.

- Co, co..

- Cofam karę helanom. Daruje wam wolność

- Ojcze czy ja dobrze słyszę?

-  Tak mój synu. Twoi poddani odkupili winę dobrymi uczynkami.

O szczęśliwa wino.

Król podniósł się z poduszek haftowanych morską trawą i szczerze uściskał syna.

Natychmiast odpadły morskie wody. Nad Helanami znowu zaświeciło słońce i znów zaczęły fruwać gołębie. Mężczyźni w ociekających wodą ubraniach padli na kolana i radośnie wznosili ręce ku jasnemu niebu, kobiety wycierały swe dzieci z resztek mułu i szlamu. Uratowani marynarze leżący dotąd na pokładzie kogi, która osiadła na dnie, zaczęli wstawać i przechadzając się po pokładzie. Po chwili Książe z wieńcem morskich traw na głowie wystąpił przed tłum mieszkańców:
- Helanie! Zrządzeniem niezwykłej łaski Króla Bałtyku i boskiej opatrzności Światowida zostaliśmy uratowani i przywróceni życiu

Helanie odpowiedzieli gromkim okrzykiem radości. Dzieci zaczęły raźnie podskakiwać i wesoło potrząsać rączkami, kobiety wtulały się w ramiona swych mężczyzn a starcy wyskubywali wodorosty ze swych bród.

- Odbudujemy to miasto. Odbudujemy świątynie światowida. To on pozwolił nam świat widzieć na nowo. Będziemy żyli jak dawniej w szczęściu i w zgodzie

- A my wam pomożemy – pokrzykiwali marynarze z pokładu germańskiej kogi, stojącej płaskim dnem na piasku

Zrozumieli helanie i zdali sobie jasno sprawę  z tego, ze prawdziwe dobro osiągnąć można tylko w zgodzie z prawem, przykazaniem i miłością. Kiedy morskie wody odpadły, okazało się ze dawna wyspa połączona została z mierzeja.

Przez półwysep powracał właśnie Helen, na swym ulubionym gniadym Rumaku. Powracał z Gdańska, gdzie pomyślnie zakończył kolejny rok nauki.

Czy wyobrażacie sobie jak wielki było jego zdziwienie gdy dojechawszy do końca mierzei nie mógł dostrzec swej rodzimej wyspy?

Spiął konia i chciał już zawracać, gdy wtem dostrzegł kogę stojącą na piasku a dookoła niej tłum ludzi.

-  Co tu się dzieje? Statek na pustyni? A ci ludzie skąd się wzięli – Pytał zdumiony Helen

Po chwili podbiegł do niego Książe przytrzymując wieniec z morskich traw na głowie

- Witaj w domu, synu!

- A gdzie nasz dom, tato?

Książe stał w milczeniu.

- Gdzie twój diadem, ojcze?

Książe nie odpowiedział

-  Co z mama?

Po chwili podeszła Hela

- Chodź, spróbuje ci to wytłumaczyć 

W tym momencie opowieści mój praprapradziad Józefat zwykle się uśmiechał i dodawał : „Ale trudno jej było wytłumaczyć, tak jak trudno jemu zrozumieć” A następnie nucił taką oto piosenkę:

Płyną fale tu i tak

Szepczą w ucho mnie i wam

A co  zechcą opowiedzieć

I jak tego się dowiedzieć

Słuchać musisz sam

Słuchać musisz sam…

Czy jest to historia prawdziwa -  oceńcie sami. A Jeśli będziecie mieli trudności, spytajcie o to starszych lub najstarszych. Najlepiej było by gdybyście sami pojechali na Hel, stanęli na brzegu morza i spróbowali wpatrywać się w morską toń. Wybierzcie dzień pogodny i słoneczny, gdy toń jest spokojna. Być może uda wam się dostrzec zatopione dawne miast, być może usłyszycie tęskną melodie helskich dzwonów. Morze kryje przecież niejedną tajemnicę.


Krzysztof Wójcicki - Bajki i baśnie puckie - wydawnictwo ARCADIA, Gdynia 2004, ISBN 83-917898-1-0


Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
g+.png
yo.jpg
newsletter-left.jpg
spacer-left.jpg
kamery-left.jpg
pogoda-left.jpg
 
1
2
3
4
5
6
 
1
2
3
4
5
6